SUFIZM - SUFI CHISHTY PIR MOINUDDIN Z AJMER

Mistyka Uzdrawianie Ezoteryka Medytacje Zikr Wasifa Oddychanie Muzyka Derwisze Fakirzy Moinuddin

Organizacja Sufi - Punkt Widzenia Mistrza

ORGANIZACJA


SUFI PIR HAZRAT INAYAT KHAN:

Kłopotom i trudnościom w mojej organizacji nie było końca. Spotkałem wielu ludzi chętnych do pójścia za Orędziem, którzy nie chcieli należeć do organizacji, zaś przez całe me życie musiałem bezustannie odpowiadać na te kwestię każdemu przybyszowi, nastawionemu zwykle negatywnie do idei organizacji. Sprawą normalną jest, że ludzie, którzy zostaliby przyciągnięci do moich idei niekoniecznie mają być przyciągnięci do organizacji. Poza tym, wiele organizacji upada, wiele organizacji przyniosło swym członkom kompromitacje, wiele z nich współzawodniczy ze sobą ignorując idee, dla której organizacja jako taka istnieje. To prawda, że w końcu idea ta ulega zagubieniu i organizacja staje się podobna ciału pozbawionemu duszy. Lecz skutkiem takiego stanu rzeczy jest to, że napatrzywszy się na trupy, wielu ludzi zaczyna się obawiać żywych ciał, myśląc sobie, że one również mogą być widmem śmierci.

Musiałem mówić tym ludziom, że organizacja jest niczym okręt zbudowany dla pewnego celu, po to by przewieźć ludzi i ładunek z jednego portu do drugiego. Gdyby w ogóle nie było czegoś takiego jak organizacja, wtedy domy nie mogłyby istnieć, nie istniałyby siły obrony państwa, krótko mówiąc we wszystkich dziedzinach życia organizacje potrzebne są po to, by uczynić wszystkie sprawy łatwiejszymi, a życie wygodniejszym. Wielu, którzy ustosunkowują się nieprzychylnie i potępiają organizację jako taką, gotowych jest wyzyskać korzyści jakie wynikają z jej istnienia. Kiedy mówią: "Organizacja nic nas nie obchodzi", to brzmi to jak: "Lubię jeść, ale kuchnia mnie nie interesuje."

Dawniej liczni pomyśleli, że mogą mnie tolerować jako szefa organizacji, ale nikogo poza tym, nikogo innego oprócz mnie. Przypominało to akceptacje głowy i odrzucenie reszty ciała, tych części, które nie mogą zostać odłączone jedna od drugiej tak długo, jak długo życie łączy je obie ze sobą. Musiałem wyjaśnić im, że nie mogę rozdzielić się na wiele części, a nawet gdybym był w stanie tego dokonać, to mimo to każda z moich części musi różnić się od innych, tak wiec lekcją jakiej musiałem nauczyć tych ludzi była lekcja tolerancji. Wielu stwierdziło, że mogą mnie tolerować, lecz musiałem im wytłumaczyć, że to nie wystarczy, że muszą tolerować również innych ludzi, którzy mają do wykonania w organizacji jąkać pracę. Natura ludzka zawsze okazuje się być jakby dziecinna, szczególnie w przypadku działania organizacji, która niekoniecznie jest duchowa. Funkcjonowanie organizacji dostarcza ludziom światowej (materialnej) podniety, a kiedy już się ona pojawiła, wtedy duchowy ideał, dla którego istnieje organizacja, zostaje zapomniany.

Jeśli chodzi o prace administracyjne, to nie było widać końca kłopotom i trudnościom wywoływanym przez niektórych z moich pomocników, którzy, z tej czy innej przyczyny, pracowali dla Sprawy (Przyczyny) nie zwracając uwagi na mój punkt widzenia ani na mój pogląd na życie. Bardzo często na skutek braku cierpliwości porzucali swą pracę i czynili pewne sprawy przykrymi, co można zaobserwować we wszelkiego typu kompetencjach i przejawach aktywności. Zauważyłem jednak, że bez organizacji niemożliwą rzeczą byłoby wykonywanie pracy i podołanie jej, szczególnie na Zachodzie. Na początku starałem się działać w oparciu o takie same zasady jak na Wschodzie, ale nie odniosłem powodzenia. Sporo ludzi zainteresowało się ideą, zainteresowało się Orędziem, większość z przyciągniętych do niego, ale wobec braku organizacji, nie było nic, by utrzymać tych ludzi razem. Tak więc doznawszy rozczarowania wielu ludzi odpadło i rozproszyło się. Nie można zebrać kwiatów nie mając koszyka, taką też rolę dla idei pełni organizacja. Dla mnie, urodzonego ze skłonnością do trzymania się z daleka od wszelkiego rodzaju doczesnych działalności, i który z każdym dniem coraz bardziej zaczynał tracić kontakt ze wszelkimi ziemskimi sprawami, posiadanie organizacji by coś zdziałać, kontrolować i przeprowadzić (wykonywać), stanowiło wielką próbę i każde zakłócenie i przeszkoda w jej prowadzeniu czyniło moje położenie bardzo trudnym, a mojego ducha zaniepokojonym (zakłóconym). Gdyby nie chodziło o Sprawę, wartą każdej ofiary w życiu, to nawet przez moment nie zawracałbym sobie głowy organizacją.

Wielką trudność sprawiało mi również znalezienie odpowiednich pracowników (działaczy), zdolnych odpowiednio sprostać wymogom Sprawy. Wydawało się, że niektórym dobrym ludziom brakowało zapału by iść naprzód oraz być zwolennikiem i orędownikiem Sprawy, natomiast ci, którzy posiadali właśnie te cechy, wykazywali brak taktu, delikatności, wyczucia i szerokiego punktu widzenia, brak tego bezgranicznego i wszechobejmującego ducha będącego kluczem do sukcesu każdego rodzaju.

Niektórzy nie mieli dość zaufania do samych siebie, niektórzy w niewystarczającym stopniu znosili trudności, które pojawiały się w efekcie naturalnego biegu spraw, inni z kolei z powodu swych silnych upodobań i uprzedzeń nie zgadzali się i nie żyli dobrze ze współbliźnimi pracownikami (działaczami). U niektórych, być może bez ich wiedzy, pozostawało ziarno nacjonalizmu lub iskra religijnej zajadłości i fanatyzmu (bigoterii). W sercach innych z kolei dawał się wyczuć cień uprzedzenia rasowego, zaś u niektórych swoistego rodzaju myśli i przekonania. Niektórzy murid, od których oczekiwałem pomocy i wsparcia dla Sprawy, powiedzieli: "Moi ludzie nie są jeszcze gotowi na twe Orędzie", które to słowa zinterpretowałem w ten sposób, że oni sami nie byli jeszcze gotowi by działać dla Orędzia, dla Posłania przeznaczonego całemu światu. Niektórzy, na moją prośbę o to, by działali dla Sprawy, odrzekli: "Murszid, Ty sam stanowisz dla siebie najlepszą propagandę", co nie schlebiało mi, acz pokazało tylko, że ludzie ci woleliby raczej żebym to ja pracował, niż mieliby kłopotać siebie samych.

Byli tacy, co przyszli do mnie z życzliwością, dobrą wolą i wielkim pragnieniem pomocy, lecz z własnymi pomysłami i planem działania. Chcieli, żebym natychmiast zmienił całą organizacje, odbierając różne prace, które zostały powierzone murid, którzy dobrowolnie oddali się do dyspozycji z poświecenia i oddania dla Sprawy. Chcieli zmienić, zgodnie ze swym planem, wszystko co stworzyłem po latach pracy i doświadczenia. Zrobiło to na mnie wrażenie sytuacji, w której pod nowy świeżo zbudowany dom podchodzi jakiś człowiek, spogląda na budowle i oferuje swą pomoc przy jej wykończeniu, pod warunkiem jednak, że najpierw zostaną rozkopane całe fundamenty. To nie koniec, człowiekowi, który sam jeden pracował przy stawianiu fundamentów budowli i tym, którzy przybyli do pomocy, kiedy nie było nikogo innego, kto by pomógł, tym ludziom trzeba teraz kazać wynosić się stamtąd, kiedy już większość fundamentów jest ukończona, ponieważ ktoś inny, bardziej zdolny, pragnie pomóc i być obecny przy stawianiu budynku. Mimo najszczerszych chęci, mój zmysł analizy motywacji i uzasadnień nie może w takim postępowaniu doszukać się sprawiedliwości. Często, kiedy te kwestie, podnoszono w mojej obecności wprawiało mnie to w osłupienie. Brakowało mi słów by przedyskutować tę sprawę. Kiedy przepaść miedzy dwiema ideami jest zbyt wielka, wtedy trudno jest się dogadać, toteż ku memu wielkiemu zawodowi musiałem odrzucić ofertę pomocy tego typu ludzi.

Z mej strony nieustanna sumienność i skrupulatność w braniu pod uwagę uczuć każdego człowieka, zaś ze strony niektórych z moich współpracowników lekceważenie tej zasady, doprowadzało mnie czasami do takiego stanu wrażliwości jak gdyby darto mi pasy z serca.

Niektórzy z pracowników pojawiali się u mnie obiecując mi z niesamowitą ochotą i wielkim entuzjazmem pomoc nie dlatego, że chcieli pomóc Ruchowi Sufi, tylko dlatego, że chcieli w ogóle coś zrobić. Jeśli nie Ruch Sufi, to wybraliby jeszcze coś innego, czym mogliby się zająć. Czasem przyjmowałem ich pomoc, aczkolwiek nie często. Nigdy nie okazało się to być zadowalającym rozwiązaniem, a to z tej przyczyny, że nie ich poświecenie i oddanie Ruchowi Sufi było elementem, który pobudzał ich do działania, ale ich własny niecierpliwy, niesforny duch, nie mogący się uspokoić. Ludzie tacy pragnęli przez cały czas coś robić.

Wielu pragnęło odnieść jakąś korzyść dzięki naukom Sufi oraz dzięki mej pomocy na ścieżce, nie byli jednak gotowi poświęcić w imię idei tego, co uważają za swą najlepszą zasadę, mianowicie nie przyłączanie się do niczego, ponieważ obawiali się, że w ten sposób staliby się ograniczeni. Nie wiedzieli jednak, że ograniczyli siebie samych swą własną zasadą - poprzez niezdolność do przyłączenia się, ograniczyli siebie, ponieważ nie byli wolni. To pokazało niesprawiedliwość ludzkiej natury, nawet w przypadku ludzi poszukujących Prawdy, najcenniejszej rzeczy, jakiej można by w ogóle poszukiwać. Nawet w dociekaniu Prawdy nie są gotowi poświecić swej małej zasady.

Niektórzy nie chcieli przypinać sobie etykietki z nazwą określonej organizacji i odmówili przyłączenia się do Zakonu pomimo prawdziwego i głębokiego zainteresowania tą sprawą. Jednak prawdziwym powodem ich odmowy jest zawsze to, że nie są jeszcze wolni od pewnego rodzaju etykietki, którą sami sobie nakleili, której są nieświadomi. Albowiem kiedy dusza jest już wolna, to posiada również wolność do przyłączenia się do czegokolwiek, do czego przyłączyć się ma ochotę, nic jej nie wiąże. Albowiem wolna dusza pokazuje otwarcie na wszystkie rzeczy i sprawy. Niektórzy pracownicy narzekali na trudności i kłopoty w działaniu i wyciągali przede mną, jako nowości, coś co zawsze było mi wiadome, co zawsze znałem, a rozwiązania owych problemów można by poszukać w nich samych, nic innego nie dało by odpowiedzi na postawiony problem. Byli też tacy, co mówili: "Ludzie wygadują różne rzeczy przeciwko Murszidowi, albo przeciwko pracownikom (działaczom), albo przeciwko sposobowi realizacji zadań, albo przeciwko nauce Sufi". Odkrywałem, że pracownik nie był jeszcze w takim przypadku wystarczająco rozbudzony do znalezienia odpowiedzi na określone pytania, był natomiast dotknięty i przejęty tym, co mu powiedziano i pragnął jedynie dodatkowej siły do wzmocnienia wierzenia przeciwko słowom jakie padły. Niektóre krytycznie nastawione dusze mówiły wszystko, co wyszło z ich umysłu jako coś powiedzianego przez kogoś innego i tym sposobem doznawały ulgi dając upust pewnym myślom. Moi przeciwnicy zawsze wykorzystywali słabość wiary murid, chwiejność i słabość umysłu działaczy, a próbowali czynić w ten sposób albo przez okazywanie zrozumienia i sympatii dla pracy lub konkretnej osoby i, z sympatii, mówiąc: "Jaka wielka szkoda, że zostało to tak niedobrze zrobione", albo poprzez nastraszenie ich czyniąc bhau (w jęz. wschodu: siać terror, panikę, zastraszać) którejś z moich osób albo jakiejś pracy stwierdzeniem: "Jest to działanie polityczne, może kryć się za tym pewne niebezpieczeństwo" lub też twierdząc, że jakieś działanie jest antyreligijne, albo mówiąc coś jeszcze innego, by splamić i oczernić moje życie. Ci, którzy nie mogli opierać się wystarczająco długo ulegali takim wpływom i nagle pozostawiali mnie i moją pracę. Ludzie próbujący wytworzyć niezgodę wśród murid i działaczy odkrywali, że osiągnięcie celu nie jest trudne (nawet gdy w grę wchodzili najbardziej oddani z murid), i udawało im się to. Udawało im się wpływać na najbardziej oddanych działaczy i murid apelując do nich, sięgając do ich religijnej, narodowej albo rasowej dumy. Interesowało mnie obserwowanie jak takie działanie wytwarzało natychmiast w umyśle murid przeszkodę, tak że nawet o tym nie wiedzieli.

W sposób nieunikniony zostałem rzucony w wir tej samej bitwy, której wielu innych ludzi wygląda z wielkim pożądaniem. Niektórym ludziom wydaje się, że nie ma to znaczenia czy są przeciwko Murszidowi, jeśli tylko pracują dla Przyczyny. Zapomnieli oni jednak, że Murszid jest pierwszą Przyczyną.

Niektórzy przyszli do mnie ze słowami: "Podobają mi się twoje pomysły i idee, ale nie ich religijna postać." Inni stwierdzili: "Chciałbym inicjacji, ale żeby obyło się bez dyscypliny." Padały i inne głosy:

- "To wszystko musi być bezosobowe, nie wolno pozwolić by pojawiło się coś związanego z konkretną osobą (osobowego)."

"Uduchowiona osobowość jest jedyną rzeczą dającą mi świadectwo Prawdy jaką niesiesz. Zakon jednakże mniej mnie obchodzi."

-"Idea braterstwa bardzo mnie pociąga, ale nie wierzę w żaden mistycyzm."

-"Mistycyzm nawet mnie interesuje, ale wcale nie obchodzi mnie część religijna tego wszystkiego."

-"To najpiękniejsza rzecz jaką kiedykolwiek zdarzyło mi się usłyszeć, zastanawiam się jednak czy jest ona chrześcijańska?"

- "To jest idea wschodnia, obca umysłowi Zachodu."

-"Nie powiem, żeby było to coś obcego nam, ludziom Zachodu. Znamy naszą religię. Co mielibyśmy ochotę poznać, to po prostu coś ze Wschodu."

-"Owszem, mogę się przyłączyć, o ile tylko dowiem się, że wierzysz w doktrynę karmy i reinkarnacji, stanowiące podstawę mojej wiedzy."

Niektórzy pytali też, czy uczenie się i poznawanie mądrości jakiej naucza Sufizm odbierze im wiarę w ich własną religię. Zastanówmy się, czy wiara, coś co należy do konkretnego człowieka i tylko do niego, rzecz, której nikt na świecie nie jest w stanie poruszyć, mogłaby zostać naruszona światłem wiedzy. A nawet gdyby jakimś cudem światło wiedzy naruszyło wiarę ludzi, to tylko jeszcze bardziej rozjaśniłoby ją i ożywiło!

Gdyby postarać się udzielić odpowiedzi na pytanie: czego ludzie pragną, a czego sobie nie życzą jeśli chodzi o dogmat, formę, kapłaństwo i wyznanie (wiarę), to podsumowawszy to wszystko razem okaże się, ze otrzymalibyśmy w wyniku po prostu zero.

Ten fakt z pewnością wywoływał większe lub mniejsze trudności dodane do problemów i tak już obecnych w mojej pracy. Uważałem to jednak za naturalną kolej rzeczy i starałem się nie zwracać na te sprawy uwagi, za wyjątkiem sytuacji, kiedy trafił mi się działacz, który przejawiał skłonność do prowadzenia Ruchu na smyczy, tak żeby organizacja nie wysuwała się za bardzo do przodu, i był wdzięczny kiedy dano mu tę szansę. Człowiek ten powagą swego urzędu powstrzymywał Ruch przed rozkwitem. Sytuacja taka miała miejsce nie jeden raz, pokazując nie tylko tyranie ludzkiej natury, lecz również absurdalność próby kroczenia duchową ścieżką, a mimo to karmienia tego typu egoizmu tkwiącego w ludzkiej duszy niczym cierń. Mój żal nad nimi był większy od rozpaczy nad moimi własnymi sprawami. Zetknąłem się w Ruchu z ludźmi, którzy poszerzali, rozciągali swój "towarzyski" wpływ wśród wartościowych i poważnych murid, by wywrzeć na mnie wrażenie, że to oni trzymają razem członków Ruchu, oraz że, jeśli się z nimi nie zgodzę, sprawią że nie będą się zgadzali ze mną wszyscy, którzy pozostają w zasięgu ich wpływu. Kłopoty jakie sprawiali mi przyjaciele i pomocnicy były czasem cięższe do zniesienia niż trudności stwarzane przez moich przeciwników.

Właśnie praca organizacji uzmysłowiła mi istnienie pewnej strony ludzkiej natury, której nie spodziewałem się napotkać w duchowych sprawach. Nie podobna wyrazić słowami mojego zdumienia, kiedy odkrywałem że niektórzy z działaczy zostaliby moimi przyjaciółmi, gdybym poszedł za ich radą albo, w przeciwnym razie, będą postępowali jak moi przeciwnicy. Przypomina to powiedzenie: "Będziemy albo twoimi przyjaciółmi, albo wrogami, żadnego kompromisu." Wprowadzało mnie to w przykry nastrój, jednakże żal było mi tych ludzi z powodu ich zatracenia się w bezowocnych wysiłkach, żałowałem ich bardziej niż siebie samego.

Wielu ludzi, nie tylko obcych, ale również przyjaciół, murid i działaczy, powiedziało mi, że obawiają się iż Ruch Sufi mógłby się z czasem stać jakimś wyznaniem. Niektórzy z nich z tej właśnie przyczyny nie przejawiali chęci do wspierania tej Sprawy. Całkowicie rozumiem ich punkt widzenia, postrzegam go tak jasno i wyraźnie jak oni sami, lecz mimo to nie wątpię, że wiara utrzymująca Orędzie w świeżości, jak nowe, działa niczym serce wprawiające krew w ruch po całym organizmie, jakim jest świat. Jednakże wyznania, które utraciły swój magnetyzm, kiedy dobiegła końca ich misja na tym świecie, żyją na nim jak martwe komórki krwi w ciele. Człowiek widzący to we właściwy sposób nie potrzebuje porównywać serca z martwymi komórkami krwi. Poza tym, ta sytuacja przypomina mówienie Bogu Stwórcy: "Nie buduj materialnego, ziemskiego ciała dla duszy, która jest boska. Ciało to będzie zapalczywe i porywcze, uczyni człowieka materialistą, przywiązanym do spraw i rzeczy ziemskich, sprawi, że człowiek zbłądzi, że zapomni o Bogu, nakłoni go do rozlewu krwi. Te właśnie ciała będą toczyły boje, kłótnie i przelewały morze krwi na świecie, dopuszczą się również wszelkiego rodzaju grzechów. Tak wiele jest niekorzyści płynących ze stworzenia ciał ludzkich." Stwórca dałby jedną odpowiedź: "Widzisz ujemne strony, ja zaś widzę korzyść jaka za tym wszystkim się kryje. Nie wiesz ty, który krytykujesz. To ja wiem, to jest moja sprawa."

Czasem u murid, szczególnie wśród działaczy, którzy zdolni są do głębszego zainteresowania się sprawami organizacji, pojawia się tendencja do myślenia, że Murszid pochodzi ze Wschodu i dlatego nie nawykł do zachodniego sposobu działania organizacji. Wraz z tym pojawia się skłonność do brania tego za dobre usprawiedliwienie dla swego niezadowolenia, skarg i rozgoryczenia, które spowodowały więcej kłopotów i zamieszania niż to jest potrzebne w organizacji, która nie jest przecież organizacją ani o charakterze ekonomicznym, ani politycznym.

Wszędzie gdzie tylko się znalazłem zaobserwowałem jedną rzecz, która za każdym razem wprawiała mnie w rozbawienie. Moi przyjaciele, tak ze Wschodu jak i Zachodu przemawiali do mnie jak do dziecka w kwestiach związanych z moją pracą. Mimo tego, że wiedzieli iż działałem już i mam jakieś doświadczenie, zawsze mogłem od nich usłyszeć następujące teksty: "Charakter naszych ludzi różni się od charakteru innych." Brzmi to jak stwierdzenie, że: "Niebo nad naszym krajem całkowicie różni się od nieba nad resztą świata. Tu świeci nasze własne słonce i mamy również jedyny w swym rodzaju księżyc." Nauczyłem się jednak z tego jak to każdy, będąc świadomym przynależności do swej własnej, określonej, szczególnej części ludzkości, ignoruje wspólną, powszechną zasadę ludzkiej natury, zasadę pracującą wszędzie w ten sam sposób, pod wieloma i różnymi postaciami.

Zawsze miałem do rozwiązania problem dotyczący finansów. Nadal zresztą pozostał on nierozwiązany. Gdybym zajmował się religią wywołującą w pewnej wierze dumę z faktu jej ekspansji, albo gdybym kierował Ruchem patriotycznym, który sprawia, że jakaś rasa lub naród interesuje się poparciem takiego ruchu, to niebyłobyby końca zewsząd przychodzącej pomocy. Miałem jednak do czynienia z ruchem, który ani nie leży w interesie jakiejś szczególnej wiary, ani nie zapewnia żadnemu wybranemu narodowi sukcesu, szczęścia, powodzenia oraz zasług i zaszczytu, ale leży w interesie całej ludzkości, przeto oczywistą sprawą jest, że żadna określona część ludzkości nie przejawiła specjalnego zainteresowania Ruchem, chociaż wielu ludzi podziwia jego cel. Z tego właśnie względu Ruch zawsze cierpiał pod względem finansowym. Tak przywykłem do tego stanu rzeczy, że wydaje mi się, że jest to stan naturalny, że tak po prostu ma być. Lecz nic na świecie nie zniechęciłoby mnie. Gdyby nawet na prowadzenie pracy nie było ani grosza, gdyby nie towarzyszyła mi, nie popierała i nie pomagała mi ani jedna dusza, pracowałbym do ostatniego tchu. Bowiem cała moja moc i siła pochodzi ze Źródła, z Którego pochodzi Orędzie (Posłanie) przeznaczone mi przekazywać. Stąd jedyna moja satysfakcja płynie z wypełniania swego zadania najlepiej jak potrafię i nie ma znaczenia w jakich okolicznościach i warunkach przyjdzie mi działać.

Sufi Hazrat Inayat Khan

(Przypis Tłumacza z MZS: Niniejszy tekst pochodzi z początku XX wieku, ale jest ciągle aktualny i zdaniem Sufich Wschodu, ludzie na Zachodzie ciągle generują podobne problemy i kłopoty w wielu różnych organizacjach duchowych, co jest powodem, że wielu naprawdę wielkich mistrzów nie przyjmuje uczniów z Ameryki i Europy ani nawet nie chce przyjeżdżać na Zachód! Z punktu genetyki można te opisane przez Inayat Khan problemy organizacji ująć w terminach współczesnej genetyki jako zboczenie spowodowane domieszką szkodliwych genów Neandertalczyka, który sam siebie skazał na wymarcie z powodu swego zachowania. Międzynarodowy Zakon Sufi Inayat Khan w Polsce niestety nie był i ciągle nie jest wolny od opisywanych tu problemów polegających na wygryzaniu i niszczeniu głównych liderów i ich pracy przez włocławskich neandertali żądnych władzy i zysku z duchowości, neandertali z tak zwanej mafii Zygadło i Rakowskiej oraz ich wspólników szukających dużych zysków z duchowości! Taki to jest nowotwór - rak duchowości u wielu osób, pragnących władzy i niesłuchających Mistrzów Ducha, choroba duszy o jakiej całkiem dobrze napisał Mistrz Sufi - Hazrat Inayat Khan w tym dziele o Organizacji!)


Sufickie Ogrody Wschodu Inayat Khan

Ogród Róży Wschodu

H A Z R A T    I N A Y A T    K H A N

MIŁOŚĆ
HARMONIA i PIĘKNO


Publikacja jest pierwszym z serii wykładów Sufi Inayat Khan poświęconych odkrywaniu tego, co utarło się zwać Ogrodem Róży Wschodu, a zawierającym ogromny wybór tematów mistycznych.
Otwarciem tegoż Ogrodu Róży, jest kultywowanie miłości.

(C) Copyright by Zakon Sufi Chishty w Polsce

MIŁOŚĆ, HARMONIA I PIĘKNO

JAKŻE słowa 'miłość', 'harmonia' i 'piękno' radują i zachwycają serce każdego kto je słyszy! Ciekawe, co takiego kryje się w tych słowach, co zdolne jest wywierać taką tak naturalną, moc na ludzką duszę.

Odpowiedź jest taka, że jeśli jest coś w życiu, co wywiera urok na ludzką duszę, to jest to miłość i piękno. Jeśli ktoś zapyta 'A co oprócz tego?', to trzeba odpowiedzieć, że 'Nic więcej'. Dlaczego właśnie to? Ano dlatego, że miłość, harmonia i piękno są prawdziwą naturą życia. Miłość jest naturą życia, piękno jest wynikiem życia, harmonia jest środkiem, dzięki któremu życie osiąga swój cel, a jej brak kończy się destrukcją, zniszczeniem. Kiedy zamyślimy się nad tym całym stworzeniem, nie można nie zauważyć, że jego celem jest wyrażenie ideału miłości, harmonii i piękna. Życie nie mogłoby przejawić się gdyby nie było nic do pokochania, oczy nie mogłyby widzieć, gdyby nie było nic do zobaczenia. Co zrobiłaby miłość gdyby nie było wcale piękna? Miłość milczałaby. Tylko wtedy o miłości można powiedzieć, że istnieje jeśli przeszła ze stanu ciszy w stan wyrażania się.

Pojawia się teraz następne pytanie: 'Przez co zostało wytworzone piękno?' Miłość wytworzyła piękno. Kiedy Sufi zwie was 'Umiłowanymi Boga' ma na myśl właśnie tę ideę. Cokolwiek stworzył Bóg, stworzył to ze Swej miłości, stworzył tak, żeby było przez Niego kochane i dlatego wszystko co stworzył i wszystkie Jego stworzenia są Jego umiłowanymi.

My, istoty ludzkie, mamy swoje uprzedzenia. Lubimy jednych, nie lubimy innych. Uważamy, że jeden człowiek wart jest wielkiego szacunku, a inny tylko małego, lecz dla Boga wszyscy oni są jednakowi. Są Jego stworzeniem. Jest z tym dokładnie tak, jak z poetą, który wyrzucił lub zgubił świstek papieru, na którym zapisana jest jego pieśń, która nie została doceniona. Jak może śpiewać bez swego głosu? Tak też jest ze Stwórcą. Nie może On być zadowolony [cieszyć się], kiedy jego małe świstki papieru nie są doceniane (uszanowane).

Bóg jest miłością i stworzył człowieka ze Swej miłości. Jak zatem może być zadowolony, jeśli człowiek żywi nienawiść lub uprzedzenie do bliźniego, ponieważ zapomina, że jakkolwiek godnym pogardy może się wydawać bliźni, to niemniej jednak jest umiłowanym Boga? Bóg stworzył człowieka, żeby go kochać. Dlatego Bóg, Ojciec i Matka wszystkich istot, jest w równym stopniu zadowolony ze wszystkich Swoich stworzeń.

Czyż nie mamy jednej rzeczy piękniejszej od innej, jednego człowieka bardziej pięknego od drugiego, zarówno pod względem istoty zewnętrznej jak i wewnętrznej? Jakaż jest tego przyczyna?

Przyczynę tego stanu rzeczy znajdziemy, kiedy przyjrzymy się uważniej dziełu artysty, poety, kompozytora muzyki czy pisarza. Widać wtedy, że jedna kompozycja jest dużo piękniejsza od drugiej. Jakiś obraz być może okaże się najlepszym obrazem jaki artysta namalował w całym swym życiu. Poeta może się zastanowić 'Czy ja napisałem ten wiersz? Skąd się on wziął? Tak wysoce przewyższa wszystkie pozostałe. To cudowne i zdumiewające jak te słowa przychodzą do mnie.'
Dokładnie tak jak widzimy to w przypadku jednostki ludzkiej, tak też widzimy to w dziele Stwórcy. Jednocześnie, miłość jest jedyną mocą, która tworzy lub która może tworzyć.

Tym sposobem Bóg staje się równocześnie wielbicielem ( kochającym ) i przejawieniem czy obiektem miłości. W sanskrycie mistycy określają to trzema parami słów: Śiva i Śakti lub Purusza i Prakriti albo też Iśwara i Maja. Jedna część jest miłością, a druga pięknem. Miłość stworzyła piękno po to, by mogła kochać. Bóg jest miłością. Dlatego właśnie zwany jest On Stwórcą. Jedynie wielbiciel (kochający) posiada moc tworzenia, a to co stwarza służy otrzymywaniu (przyjmowaniu) jego miłości.

Prorok powiedział 'Bóg jest piękny i kocha On piękno.' Słowo 'piękny' nie odnosi sie do formy, postaci Boga. Bóg jest bezkształtny, nie posiada formy. Nie posiada żadnej osobowości póki nie przejawi się Sam Sobie. Dlatego to nie Jego osobowość jest piękna, albowiem Bóg znajduje się poza tym, co w zwykłym znaczeniu słowa zwane jest osobowością.

Co w takim razie jest źródłem piękna Boga? Bóg jest pełen piękna, ponieważ On stworzył piękno. Gdyby nie było w Bogu żadnego piękna, nie byłoby też w ogóle piękna w Jego przejawieniu. Gdyby nie było żadnego piękna w myśli poety, nie mógłby on pisać pięknych wierszy. Gdyby nie było wcale piękna w myśli artysty, nigdy nie mógłby namalować obrazu. Nie można zobaczyć piękna w sercu malarza, chyba że w pięknie obrazu, który namalował. Nie chodzi tylko o to, że obraz jest piękny, lecz chodzi o to, że najpierw piękne było serce malarza. Wskutek tego stajemy się zdolni widzieć piękno nie tylko w przejawieniu, ale również zanim zostało ono przejawione. A zanim zostało przejawione istniało w miłości. Innymi słowy, widzimy, że piękno było ukryte w miłości. Piękno kryje się w miłości i właśnie to piękno, które miłość ma przed sobą, by je kochać - jako obiekt swej miłości - jest jej własnym pięknem. Dlatego też, do jakiego stopnia piękno jest piękne, tak samo piękna jest miłość, a nawet jeszcze bardziej, ponieważ Stwórca jest piękniejszy od rzeczy, którą stworzył.

Wszystkie rzeczy które wytwarzamy, pochodzą z pracy naszych rąk. Jesteśmy ich twórcami, i jesteśmy czymś daleko większym niż nasze ręce. Tak właśnie jest z miłością. Miłość to coś wspanialszego i większego od piękna, ponieważ miłość jest twórcą piękna, które kocha w swym życiu.

Bez wątpienia kochając, miłość staje się ograniczona, ograniczona tak jak samo piękno. Z drugiej jednakże strony taki jest cel miłości. Gdyby nie było żadnego piękna, Jego miłość nie mogłaby uświadomić sobie (urzeczywistnić) tej utajonej radości swej własnej natury. Wygasłaby radość jej istnienia.

Gdy tylko pomyślimy w ten sposób, zaczynamy widzieć że wielbiciel (kochający) jest daleko rozleglejszy, niezrównanie ogromniejszy od obiektu swej miłości. Prawdziwa miłość, prawdziwe piękno tkwi w wielbicielu (kochającym). Obiekt jego miłości jest dużo mniejszy,chociaż chwilowo wielbiciel może nie być świadomy różnicy. Myśli on: 'Jesteś obiektem, przed którym się kłaniam. Czymś o czym myślę dniem i nocą, przed czym jestem bezradny. Jesteś obiektem, który podziwiam, któremu oddaję cześć boską, który uwielbiam.' Jednakże nie uświadamia on sobie bezmiaru swej miłości i ściśle rzecz biorąc, miłość przerasta swym ogromem wielbiciela.

Kiedy ludzie zaczynają uczyć się lekcji miłości często mają łatwą skłonność do popadania w przerażenie na skutek bólu, trudności, kłopotów i zmartwień, którym muszą stawić czoła w imię miłości. Kiedy porównują swoje warunki z warunkami umiłowanej osoby, myślą że lepiej jej się powodzi niż im: 'Ten, który zaprząta moje myśli, zadaje mi ból i rani moje serce jest dużo szczęśliwszy. Kiedy porównuję siebie samego z umiłowanym, to myślę, że jest on dużo szczęśliwszym.' Myślą sobie dalej: 'Gdybym to ja był umiłowanym, byłoby mi dużo lepiej.' Każda dusza doświadcza tej myśli, lecz kiedy już się wzniosła ponad, wtedy zaczyna poznawać miłość. Dusza, która nie umknęła przed tymi upadkami odnosi porażkę w urzeczywistnianiu pełni miłości.

Jest też inna strona miłości, mianowicie egoizm (samolubstwo) przed którym wielbiciel musi uciekać. Prawdziwy wielbiciel mówi 'Dam wszystko, ścierpię wszystko, wszelkie tortury, wszelkie męki jakim mogłoby przyjść stawić mi czoła w życiu. Pokłonię się w pokorze przed czymkolwiek, co mi się przytrafi. Oddam wszystko, co mam. Zniosę wszystko, uwierzę we wszystko, z nadzieją będę wszystkiego oczekiwał i wszystko przetrwam.' Lecz druga strona miłości mówi 'Zwariowałeś? Postradałeś zmysły? Jesteś głupcem. Skąd to narzekanie? Patrz jaki szczęśliwy jest umiłowany. Bądź szczęśliwy tak jak i on, i trwaj w jego wzniośle podniosłej pozycji, zamiast w tej pokorze i poniżeniu. Wejdź w tę wielkość, a nie w zniszczenie!' Wtedy zaczyna on rozumować i w końcu rozumie. Jedna rzecz prowadzi do zniszczenia i zguby, a druga (egoizm) natomiast obiecuje bezpieczeństwo. Ale w zniszczeniu kryje się ręka Boga, podczas gdy w bezpieczeństwie ręka Szatana. Wszystko, co jest egoistyczne, samolubne, nauczane jest dzięki mocy i wiedzy, które są wrogami rodzaju ludzkiego. Szatan jest wrogiem, ponieważ odwodzi człowieka od celu jego życia. Usiłuje sprawić, by wielbiciel zamienił się miejscem z umiłowanym i mówi 'Twoja pozycja jest lepsza od mojej. Chciałbym być na twoim miejscu.' I być może poczekałby całe życie by zdobyć pożądaną, upatrywaną z zawiścią, pozycję, a to nigdy nie nadchodziłoby, ponieważ umiłowany nie wyrzekłby się bogactwa, gdyby była po temu okazja.

Życie człowieka całkowicie odmienia się, kiedy stapia się on w ogniu miłości. Ogień miłości wyniesie człowieka tak wysoko, że jego moc będzie oddziaływała nawet na zwierzęta i ptaki. Będą do niego przyciągani zarówno mędrzec jak i głupiec. Kiedy raz człowiek został oczyszczony, spłonął w ogniu miłości, wtedy stanie się atrakcyjnym dla każdej duszy, każdej istoty, tak niewidzialnej jak i widzialnej. Jedynie rada Szatana trzymać go może z dala od tego. Mistrzem jest ten, kto cierpi. Często zastanawiamy się nad tym, jak to Jezus Chrystus umył stopy swych uczniów. Jakież piękno kryje się w tej posłudze, w tej pokorze! Czy znaleźlibyśmy to piękno w dumnym i wyniosłym człowieku? Czy dumny i wyniosły człowiek podbiłby serca świata na całe wieki? Wyniosłego człowieka prowadzi Szatan. Człowiek taki staje się egoistyczny, samolubny, oziębły. Każdego zmraża w jego obecności, ponieważ jego oblicze przypomina lód i nie może przekazać pokrzepienia ani podnieść na duchu.

Jakże wybaczającym jest człowiek, który przeszedł przez wszelkie cierpienie! Czy było coś jeszcze w życiu Chrystusa, coś prócz przebaczenia i tolerancji? Zawsze wybaczaj, zawsze toleruj i znoś, mawiał. Było tak dlatego, że miłość w sercu Mistrza była tak wielka, że przemawiała do każdego, wywierała na każdym urok i pociągała. Miłość była całą filozofią jaką ten rybak był w stanie w ogóle zrozumieć, i jeśli miłość byłaby stawiana przed filozofią i religią, jakże oddani i pełni poświęcenia staliby się wielbiciele. Zwierzęta i ptaki byłyby przyciągane mocą płynącą z ludzkiego serca płonącego miłością. W rzeczywistości jest tak, że człowiek odstrasza miłość przy najmniejszym podejrzeniu jej pojawienia się i tak miłość nigdy nie chce podejść bliżej.

Jak często w codziennym życiu używamy słowa 'miłość' na określenie czegoś, co jest niczym innym jak zabawą, przyjemnością, rozrywką, czymś zdegenerowanym, upodlonym. Miłość jest dalece wyższa, wznioślejsza i szlachetniejsza. Nie jest to jakiś przedmiot, który możesz dać drugiej osobie lub coś o czym można powiedzieć 'Mogę to rozwinąć w sobie.' Człowiek nie może nauczyć się jej, nie może studiować jej z książki. Trzeba zrobić tylko tę jedną rzecz: pozwolić jej zakiełkować i wyrosnąć w naszym sercu. Człowiek nie może żyć bez serca, a serce nie może istnieć bez miłości. Jakkolwiek pozbawiony miłości i oziębły wydawać może się człowiek, jakkolwiek nikczemny, zły i okrutny, niemniej jednak posiada miłość, choć jest ona ukryta. Otacza ją gruby, nieprzenikniony mur. Miłość nie ma sposobu, żeby mogła się stamtąd wydostać. Stale trzymana jest w tej skorupie, niespokojna i zniecierpliwiona. To właśnie dlatego człowiek staje się oziębły i nieszczęśliwy, nie wiedząc nawet czego pragnie, ponieważ nie rozumie jedynej prawdziwej skłonności jaką ma w sobie. Moc miłości stała się jeńcem uwięzionym w grubej skorupie, skorupie oziębłości, zimnej jak lód części miłości, i ta skorupa blokuje ujście strumienia miłości, boskiej mocy, która pragnie wynurzyć się poprzez serce. Kiedy człowiek nie daje ujścia tej miłości, wtedy staje się dla innych ciężarem. Jego obecność staje się nieprzyjemna dla jego otoczenia, a jego oddziaływanie na innych ciężarem dla niego samego. Z tego powodu nawet niektórzy ludzie popadają w szaleństwo. Nie wiedząc czego pragną w życiu, zawsze obwiniają innych za to, że ci ich nie kochają, nie współczują im i nie mają dla nich zrozumienia, lub że nie są dla nich uprzejmi i życzliwi. Nie zdają sobie sprawy, że klucz do rozwiązania tej sytuacji znajduje się w nich samych. W ich sercu leży moc otwierająca i stapiająca serce każdego człowieka. To właśnie nasza własna moc rzuca innych ludzi do naszych stóp.

Ktokolwiek poznaje tę prawdę zaprzestaje obwiniania innych za to, że są dla niego oziębli, nieuprzejmi, czy odnoszą się do niego bez współczucia i z obojętnością. Człowiek taki odkrywa, że przyczyna takiego stanu rzeczy leży w nim samym. Poszukując i pragnąc współczucia i zrozumienia oraz dobrych, pozytywnych uczuć innych ludzi, człowiek okrywa, zasłania własne serce i powstrzymuje je tym samym przed wyrażaniem samego siebie. Potęga miłości zawsze pragnie wyjść na zewnątrz i wyrazić siebie samą, odbijając się na otoczeniu, mimo to jednak wydaje się, że drzwi serca są wiecznie zamknięte, by przeszkodzić i uniemożliwić Bogu wydostanie się na zewnątrz i wypełnienie celu Jego własnego stworzenia.

Jakże piękne są słowa Proroka: 'Świątynia Boga znajduje się w sercu człowieka.' Jakże prawdziwe jest to stwierdzenie! Czy trzeba szukać Boga w meczecie, świątyni, kościele lub też w jakimś innym miejscu, gdzie ludzie śpiewają pieśni i ofiarowują swe modlitwy? Czy można Go odnaleźć tam, gdzie w ogóle nie ma miłości? Nie jest możliwym odnalezienie Go w domach, które ludzie pobudowali do celów modlitwy. Budynki te są tylko szkółkami dla dzieci, ich placem zabaw. Dzieci lubią bawić się zabawkami, a przy okazji przygotowują się do czegoś więcej. Kiedy człowiek osiągnie poznanie prawdziwego piękna Boga, odkryje, że zamieszkuje ono tylko w jednym miejscu: w sercu człowieka. Bóg jest miłością, i można Go odnaleźć w sercu człowieka.

Ten kto to rozumie może wielbić Boga nawet w człowieku, ponieważ kiedy obstaje przy tej filozofii, zawsze będzie świadomy, że w każdym aspekcie i w każdej chwili może wyrządzać krzywdę, kaleczyć lub ranić uczucia Boga, że grozi mu niebezpieczeństwo naruszenia i rozbicia świątyni Boga poprzez złamanie serca bliźniego.

Można by pomyśleć, że filozofowie, mistycy i mędrcy, ludzie tak bliscy Boga, mogliby pozwalać sobie na świecie na zbyt wiele, nie krępować się światem. Przeciwnież jednak, są oni jak najbardziej wrażliwi i czuli w stosunku do rodzaju ludzkiego. Gotowi są dzielić zmartwienia i kłopoty każdego człowieka, jego smutek, przygnębienie i rozpacz. Gotowi są każdego pocieszyć słowami, każdemu pomóc i zawsze okazać swe współczucie i zrozumienie ludziom, którzy tego potrzebują. Nie cofają się przed poświęceniem czasu, pieniędzy, przyjemności, dobrego samopoczucia czy dobrobytu. Zgodnie z nauką Chrystusa: 'Ktokolwiek zmusi cię byś przeszedł z nim jedną milę, idź z nim dwie.'
Czego uczą nas te słowa? To wszystko jest lekcją na temat zrozumienia i współczucia dla naszego bliźniego, ma to nauczyć nas dzielić z nim jego kłopoty i zmartwienia, jego rozpacz. Ktokolwiek naprawdę doświadcza radości życia, odkrywa, że staje się ona tak wielka, iż napełnia jego serce i duszę. Nie ma znaczenia czy człowiek znajduje się w mniej komfortowej sytuacji lub w gorszym położeniu niż wielu ludzi na tym świecie, ponieważ światło jego uprzejmości, życzliwości, jego sympatii, jego wzrastającej miłości, cnoty kiełkującej w jego sercu, wszystko to napełnia jego duszę światłem. Teraz nic mu już nie brakuje w życiu, ponieważ stał się królem życia.

Taki człowiek staje się uzdrowicielem, prawdziwym uzdrowicielem. Uzdrawia ludzi spojrzeniem, uprzejmym i życzliwym słowem, przy pomocy dłoni, swym dobrym samopoczuciem, samą swą naturą. Jakże jest to uzdrawiające! Bezpretensjonalne, pełne prostoty i skromne. Prawdziwe uzdrawianie ma miejsce, kiedy człowiek dzieli kłopoty i zmartwienia drugiego człowieka i podaje mu pomocną dłoń. On jest posiadaczem prawdziwego wina. Człowiek, który potrafi rzucić spojrzenie dowodzące współczucia i zrozumienia oraz pomocy, której tak bardzo pragnie dać jakże uzdrawiającą moc posiada! Czyż nie przypomina to włożenia młodego ptaka pod matczyne skrzydła? Nie może być piękniejszego procesu uzdrawiania niż ten wybrany spośród wielu rozmaitych metod jakimi ludzie usiłowali uzdrawiać.

W takim razie, ktoś może zapytać, co powinniśmy kochać w życiu, czym powinien być obiekt naszej miłości? Czy istnieje jakiś obiekt szczególny, który można polecić człowiekowi by go kochał? Czy najlepiej będzie kochać swych rodziców czy też przyjaciół? Kochać tylko jednego przyjaciela czy tylko jedną umiłowaną / umiłowanego przeciwnej płci? Czy powinniśmy kochać coś abstrakcyjnego, teoretycznego, jakiegoś ducha, jakiś ideał, myśl, jakąś nazwę albo imię lub może coś wykraczającego poza ludzką naturę? Czy powinniśmy kochać coś wyidealizowanego jak Bóg, któremu oddajemy cześć?
Wielu ludzi mówi, że z żadnej miłości nie płynie pożytek, prócz miłości do Boga. Wszystkie inne postacie miłości nie warte są zachodu. Natomiast inny człowiek utrzymuje, że on lub ona nie może kochać nikogo przeciwnej płci, doznawszy już raz w ten sposób zawodu. Ktoś jeszcze inny stwierdzi: 'Nie pokocham żadnej ludzkiej istoty. Lepiej pokocham swego psa lub kota. One mnie nie rozczarują, podczas gdy na człowieku już się zawiodłem.' Znajdzie się też ktoś mówiący 'Kocham moje pieniążki, ponieważ kiedy znajduję się w potrzebie są one jedynym przyjacielem jaki przychodzi mi z pomocą. Depozyt jaki mam w banku robi dla mnie więcej niż byłby w stanie zrobić ktokolwiek. Dlaczego zatem miałbym nie kochać swych pieniędzy?' Ktoś jeszcze inny powie nam, że 'Jeśli Bóg jest wszystkim, jeśli to On ma posiadać wszelką miłość, dlaczegóż zatem nie pokochać krzesła, stołu, książki, lub wytworu ludzkiej pracy dzieła sztuki, utworu muzycznego, czyż to nie jest to samo?' Lecz pamiętajmy, że wszystkie te opinie wyrażane są przez serca, które już raz doznały zawodu, już raz zostały złamane. Zostały złamane i zamknęły się, a kiedy drzwi serca są zamknięte, wtedy nie ma światła, które mogłoby wskazać mu jego ścieżkę. To właśnie jest tak piękne w pewnej krótkiej angielskiej piosence 'Gaśnie światło całego życia, kiedy miłość minęła.' Nie ma światła, kiedy nie ma już miłości. Kiedy miłość minęła, serce jest zamknięte.

Tak często spotyka się ludzi, którzy skarżą się, że miłość ze strony ukochanej / ukochanego nie spełniła ich oczekiwań i spowodowała ich rozpacz, nieszczęście i zmartwienie. Czego uczy się z tego Sufi, czego uczy się mędrzec? Uczy się, że ten kto kocha jest tym, kto zyskuje. Ci, którzy kochali i nie poszli naprzód stracili. Przyczyna, dla której cofnęli się przed osiągnięciem swego przeznaczenia jest taka, że polegali na obiekcie miłości, który ich rozczarował i zawiódł. Sufi świadomy jest tego wielkiego dołu, tej wielkiej pułapki na ścieżce. Kiedykolwiek wielbiciel, który został przyciągnięty przez piękno, rezygnuje ze swej miłości, to dzieje się tak dlatego, że w miłości tej zależał od piękna i polegał na nim. Kochał piękno i mógł trwać w miłości, póki to piękno pozostawało jego ideałem. Wielbiciel podnosi się ponownie, kiedy radzi się samego siebie i mówi 'Stworzę taki ideał, który pozwoli, by moje życie stało się samowystarczalne i niezależne. Ideał ten będzie moim usprawiedliwieniem, lecz w rzeczywistości wskrzeszę,podźwignę z upadku moją miłość. Zawsze kiedy miłość gasła działo się tak tylko dlatego, że ideał nie okazał się być takim jak tego oczekiwał wielbiciel. Dlatego będę unikał zaślepiania moich oczu życiem zewnętrznym, zbuduję za to ścieżkę, którą będzie można dojść do mojego serca. Ten ideał wystarczy mi i zapewni wszystko, czego może brakować umiłowanemu.' Taki wielbiciel jest prawdziwym wielbicielem, ponieważ miłość również posiada piękno, a on wytwarza z własnej miłości piękno, którego być może brak umiłowanemu, i od tej pory nie dostrzega już w umiłowanym braków. Poczynając od tej chwili, umiłowany staje się jego miłością, ponieważ stworzył on umiłowanego w swej myśli, w swej wyobraźni i wciąż dodaje nowych elementów do przejawionego piękna.  W ten sposób śpiewano pieśni o miłości na przestrzeni całej  historii. Sa'di z Persji, Dante z Włoch i wszyscy wielcy, którzy kochali i przemawiali do serca człowieka, wszyscy oni pozostawili po sobie słowa, które po dzień dzisiejszy przeszywają nasze  serca za sprawą wielkości ideałów tych poetów. Sami sobie stworzyli w swych sercach własne ideały. Dla wszystkich takich ludzi nie może być mowy o tym, by umiłowany okazał się niegodnym miłości. Wielbiciel stał się twórcą miłości. Czyż Bóg nie stwarza miłości? Czyż nie odziedziczyliśmy piękna Boga? Czyż nie możemy stworzyć również miłości? Ta którą można stworzyć, zawsze może być zależna od czegoś.

Jest też inny aspekt tego zagadnienia. Mianowicie ideał miłości stworzony przez człowieka jest adekwatny do stopnia jego ewolucji. Jeśli człowiek jest materialistą, będzie cenił w drugim człowieku lub obiekcie piękno materialne. Nic na to nie poradzi. Nie jest to jego błędem czy wadą. Właściwą rzeczą jest dla niego podziwiać to, co bezpośrednio do niego przemawia. Jeden człowiek woli piękno umysłu, cnoty, osobowości, jakiejś ogłady i kultury czy dobroci, która do niego przemawia. Przywiązuje wagę do pięknej osobowości, współczującej i wykazującej zrozumienie powierzchowności (postawy). Ktoś inny będzie, być może, darzył sympatią duszę, ponieważ znajduje w niej swój ideał inspiracji, intuicji, spokoju umysłu i radości.

Stąd też, nie można wskazać na jakiś szczególny obiekt jako jedyną rzecz wartą miłości, ponieważ piękno jest zawsze cechą ściśle adekwatną do poziomu rozwoju człowieka. Człowiek na niższym stopniu ewolucji nie kocha obiektów położonych wyżej, wznioślejszych. Osoba znajdująca się na wyższym stopniu ewolucji może za to kochać zarówno obiekty niższej klasy, jak również te charakterystyczne dla sfer wyższych. Kto raz pokochał nie może nienawidzić. Ten kto nienawidzi, jest człowiekiem, który nie może doceniać i szanować. Nienawiść znajdujemy na niższych stopniach ewolucji, a nie na wyższych. Im wyżej wznosi się poziom ewolucji, tym mniejszymi stają się zazdrość i uprzedzenie. W wyższych, wznioślejszych królestwach (dziedzinach) nie ma żadnej trucizny, ponieważ obiekt jest wznioślejszy, standard jest wyższy i sama sfera bytu jest również wznioślejsza. Jak wysoko umieszczamy swój ideał, tak wysoko sięgamy. To właśnie dzięki stopniowemu wzrastaniu standardu piękna, człowiek nieustannie wznosi się ku najwyższym niebiosom.

Właśnie dzięki kroczeniu po ścieżce miłości i nieustannemu trzymaniu się jej dzieje się tak, że nawet z najgłębszych czeluści dusza może sięgnąć najwyższych niebios. Człowiek może nawet wznieść swój ideał na taką wysokość, na której staje się zdolny kochać Boga Bezpostaciowego, Boga Bezimiennego, który jest poza wszelką dobrocią i cnotą. Nawet Jego nie można ograniczyć do cnoty, gdyż znajduje się On poza dobrocią.

Są tacy mędrcy, którzy doprowadzają się do łez tylko przez powiedzenie samym sobie jednego słowa zasadniczej, esencjonalnej prawdy, prawdy abstrakcyjnej. Co mogłoby wywoływać taki efekt? Czy kryje się w niej jakiś ból? Czy powiedziane zostało coś co wywołuje współczucie? Nie, dzieje się tak za sprawą ich ideału, który znajduje się tak wysoko, że w świetle prawdy widzą ideał piękna. Prawda istnienia stała się dla nich piękna. Bóg stał się ich umiłowanym i kiedy ktoś wymawia w ich obecności słowo prawdy, doprowadza ich to do łez. Dla mędrców tych wszystko jest rzeczywistym przejawieniem piękna Boga. Jeśli słyszą jakąś muzykę, czują w niej Boga, widzą w tej muzyce Boga. Jeśli stają przed jakimś obrazem, widzą w pięknie tego obrazu swego Umiłowanego. Jeśli znajdują się w tłumie, otoczeni wszelkiego rodzaju twarzami, dla nich cały ten obraz jest jedną harmonią, stanowi jedną wizję tego co najwyższe, wspaniałe i majestatyczne, widzą w tym całe, pełne piękno. Czy to na pustyni, morzu, na niebie czy lądzie, cokolwiek znajduje się przed ich oczami ofiarowuje im wizję (wyobrażenie) piękna. W ten właśnie sposób, całe przejawienie stało się dla nich wszechprzenikającą obecnością piękna Boga.

Hazrat Inayat Khan
Tłumaczenie: Sufi Ofiel Ahmad Chishty
(C) Toruń 1987 - Zakon Sufi Chishty